sobota, 7 maja 2016

#2. Być kobietą... być kobietą...

Znacie piosenkę Alicji Majewskiej „Być kobietą”? Ten stary przebój przyszedł mi ostatnio na myśl. W zasadzie dzięki niemu spojrzałam na siebie inaczej... I dzięki niemu (ale zaznaczam, że nie tylko dzięki tej piosence) spojrzałam na siebie bardziej krytycznym okiem... zaniedbana, wiecznie zabiegana pomiędzy dziećmi, szkołami, domem i pracą, przyklapnięta, byle jaka osobniczka płci niewieściej... Z byle jakim włosem. Zwykła kobieta, która byle co na siebie wrzuci i nie dba o to, jak wygląda...

Znacie ten stan? Ja aż za bardzo. Chyba od lat taka byłam... zaniedbana przez męża, więc sama o siebie przestałam dbać. Jakiś czas temu stwierdziłam, że czas z tym skończyć. Czterdzieści lat na karku i obecny brak partnera, nie zwalnia mnie z obowiązku zadbania o siebie, a moje dzieci będą szczęśliwsze, kiedy mama poczuje się lepiej we własnej, prawie nowej, skórze.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Bravo ja! Oto nowa bardzo kobieca JoKo... nawet młodsza niż wtedy, kiedy miała szesnaście lat. Dowód? Przypadkowe spotkanie z rodzicami pierwszego chłopaka (licealna miłość... ehh cóż za piękne czasy), którzy mnie w ogóle nie poznali i stwierdzili, że się zmieniłam i wyglądam młodziej niż dwadzieścia parę lat temu. Powtórzę znów... Bravo ja! 
 
A wiecie co mi dodało jeszcze więcej pewności siebie? Otóż po tych zmianach (i nie tylko dzięki nim) przez chwilę poczułam się szczęśliwa. Polubiłam nową siebie. Czuję się piękna i, do cholery(!), nie ma znaczenia, że nikt mi bliski tego nie docenia... Sama to doceniam! I mam nadzieję, że już nigdy nie zapomnę o tym, że jestem nie tylko mamą, ale i kobietą. A co mi w tym pomoże? Na pewno zajęcia taneczne w Akademii Tańca Danceby w Bydgoszczy. Jakiś czas temu zdecydowałam się pójść na pierwsze zajęcia High Hill Class i tam już zostałam. Regularnie co tydzień od miesiąca na nie uczęszczam (i nie zrezygnuję z tego), bo nawet czterdziestolatka może czuć się pewnie w swoim ciele... na tyle pewnie, żeby poruszać się zmysłowo i fantastycznie zatańczyć (choćby przed lustrem dla siebie samej).

Dziewczyny, zapamiętajcie sobie, że kiedy czujecie się szczęśliwe, jesteście zdrowsze, szczuplejsze, bo kilogramy same z was zlecą, a przynajmniej tak jest w moim przypadku. Trochę ruchu, kilka przysiadów dziennie, trochę kręcenia pupą przy każdej najmniejszej okazji (nawet w trakcie gotowania, czy biegania z odkurzaczem), wydziela endorfiny, które wpływają na nasz wygląd oraz samopoczucie. Nie polecam Wam jednak zbytnich wariacji na drabinie w czasie mycia okien i wieszania firan. Sama się na tym „przejechałam” i teraz obawiam się, że kolejne czwartkowe zajęcia taneczne, będą okraszone bólem tyłka i bioderek, gdyż drabina mnie przechytrzyła. Fakt... obwiniam o to moją miłość, czyli Julio Iglesiasa, którego uwielbiam od dawien dawna i zaplątał mi się pomiędzy skocznymi melodyjkami, ale i tak go nie przestanę uwielbiać.

Oczywiście akceptacja mężczyzny dla kobiety ma ogromne, może nawet najważniejsze, znaczenie, ale jeśli go nie ma... cóż... można obyć się i bez tego. Jeśli macie męża lub partnera... bądźcie szczęśliwe, a zakocha się was od nowa. Jeśli go nie macie (jak ja) bądźcie szczęśliwe dla siebie samych, a poczujecie się znacznie lepiej.

Moje motto od dziś: „Nie poddawaj się! Nigdy w życiu!”

I nie poddam się. Nienawistne spojrzenia już na mnie nie działają, słowa krytyki już mnie nie zranią, bo czuję się świetnie w swojej własnej skórze. Będę walczyć dalej o siebie... o szczęśliwe, spokojne życie oraz o przyjaciela, który kopnie mnie w cztery litery, kiedy opadną mi skrzydła lub braknie sił do tej walki. I kto wie... może znajdzie się na świecie jakiś torreadore, który wygra dla mnie corridę? Bravo ja! Tak trzymaj, babo! Dziewczyny i Wy też tak trzymajcie! Bo kobiety kręcą światem, a kobiety pewne siebie wygrywają! Więc ubierzcie się ładnie, wskoczcie w obcasy, pokręćcie bioderkami, a świat będzie należał do Was!