Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

# 56. „Mam na imię Freedom” - Jax Miller

Nazywam się Freedom Oliver i zabiłam swoją córkę.” Takimi słowami rozpoczyna się debiutancka powieść Jax Miller. Intrygujący początek, prawda? Pobudzający wyobraźnię czytelnika do takiego stopnia, że w myślach zaczyna układać sobie scenariusz hipotetycznych wydarzeń oraz widzi obraz jakiejś psychopatki, która morduje swoje niewinne dziecko. Przynajmniej ja tak miałam. I co? Sprawdziły się moje przypuszczenia? Całkowicie nie!
Freedom Oliver nie okazała się żadną psychopatką, ale kobietą po przejściach, która będąc oskarżona o zabicie męża, musiała oddać do adopcji własne dzieci. Po długo trwającej rozprawie sąd zdecydował, że jest niewinna i objął ją programem ochrony świadków. Nessa Delaney, gdyż tak brzmi jej prawdziwe nazwisko, zmieniła swoją tożsamość i przeniosła się z Nowego Jorku do małej, zapadłej mieściny, w której pracowała jako barmanka. Nie odzyskała jednak swojego potomstwa.
Autorka przedstawia nam obraz kobiety niesfornej, nie stroniącej od alkoholu. Kobiety, która ciągle sprawia kłopoty swoim opiekunom (nazywa ich „prośkami”) oraz miejscowemu policjantowi, Martinowi. Kobiety, która mimo iż jest to jej zakazane, cały czas śledzi losy swoich dzieci przez najpopularniejszy na świecie portal internetowy, czyli przez Facebooka. Martwi się o nie, więc jak to możliwe, aby pierwsze zdanie powieści, mogło być prawdziwe? Skoro kocha córkę, jak mogłaby ją zabić? Chcecie wiedzieć, co się stało i dlaczego Freedom się obwinia? Przeczytajcie debiutancką powieść Jax Miller.
Biorąc tę książkę do ręki, pomyślałam sobie - „co to za tytuł? Jak to się ma do zapowiadanego na okładce thrillera?” No tak... można się nad tym zastanawiać, gdyż „Mam na imię Freedom” sugerowałoby raczej jakąś obyczajówkę, a nie powieść grozy. Jeśli jednak spojrzymy na tytuł oryginalny... to już całkowicie zmienia nasz punkt widzenia. „Freedom's Child”. W dosłownym tłumaczeniu „Dziecko Freedom”. Z czym nam się może skojarzyć? Oczywiście... myślę, że nie tylko mnie... z „Dzieckiem Rosemary”. Rozumiem, że polski wydawca zrezygnował z dokładnego przekładu tytułu, aby zmylić przeciętnego czytelnika? Może miał tu zadziałać jakiś element zaskoczenia? Nadal się zastanawiam, dlaczego nie dał oryginalnego tytułu. Jedynym wyjaśnieniem tej sytuacji może być chyba tylko fakt, że słowa „nazywam się Freedom” cyklicznie powtarzają się w powieści, nadając całości swoisty rytm.
Na uwagę zasługuje tu narracja. Autorka wielokrotnie oddaje głos głównej bohaterce, stosując narrację pierwszoosobową. Od samej Freedom dowiadujemy się kim jest, co zrobiła w przeszłości oraz jak wygląda jej życie obecnie. To Freedom zabiera czytelnika w swój świat, przedstawiając nam własne wspomnienia (retrospekcje) i uczucia. Pozostałych bohaterów, Jax Miller wprowadza i przedstawia, używając narracji trzecioosobowej.
Jak oceniam debiut Jax Miller? Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że można go zaliczyć do tych dobrych. Powieść ma trochę wad, jak chociażby zbyt powierzchownie poprowadzone postaci drugoplanowe – są raczej stereotypowe, ograniczone tylko do roli, w której występują. Brakowało mi ich głębszych portretów psychologicznych. Jednak te małe potknięcia rekompensuje dobrze budowane napięcie, dozowanie informacji w taki sposób, aby wzbudzić ciekawość czytelnika oraz pobudzić jego wyobraźnię.
Szczerze mówiąc, powieść Jax Miller mną zawładnęła. Trudno mi było oderwać się od jej lektury, ponieważ zżerała mnie ciekawość co dalej... Z każdym rozdziałem byłam coraz bardziej zaintrygowana, pragnęłam wiedzieć, co się stało z córką Freedom – kto ją porwał i dlaczego. Zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło. Nieważne jakie przypuszczenia snułam w trakcie lektury, nieważne jakie scenariusze wydarzeń sobie wyobrażałam – nie miały one nic wspólnego ze sposobem, w jaki to rozegrała autorka.
Podsumowując, „Mam na imię Freedom” to dobry debiut literacki. Jestem przekonana, że autorka ma talent. Polecam tę powieść wszystkim, którzy cenią sobie tajemnicze, trzymające w napięciu historie.
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.


Moja ocena: 4/6
Autor: Jax Miller
Gatunek: Thriller
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 375
Data wydania: 08-10-2015
Nr ISBN: 978-83-8069-149-0

czwartek, 31 marca 2016

# 52. „Zjazd rodzinny” - Irena Matuszkiewicz

Uwielbiam sagi rodzinne. A Wy? Jednak kiedy taka saga jest osadzona na przestrzeni wielu lat i ukazuje nam kilka pokoleń na tle historycznych przemian, cenię ją jeszcze bardziej.

Biorąc do ręki powieść Ireny Matuszkiewicz, nie wiedziałam czego się spodziewać, ponieważ do tej pory autorka była mi całkiem obca. Choć wydała już kilka pozycji, nie przeczytałam jeszcze ani jednej z jej książek. Chyba wiele straciłam, gdyż „Zjazd rodzinny” mnie wręcz zachwycił! Jestem nim oczarowana! Oczarowana rodziną Korzeńskich, tłem historycznym oraz stylem autorki!

Na pierwszych stronach „Zjazdu rodzinnego” poznajemy Ewę, zastanawiającą się nad organizacją imprezy, na której będą mogli się spotkać wszyscy członkowie jej dużej rodziny. Córki Ewy umacniają kobietę w tym postanowieniu i obiecują pomoc w tym wielkim przedsięwzięciu. Z zawodu archiwistka i uwielbiająca historię Ewa, zbiera wszelkie informacje na temat dalszej i bliższej rodziny, i śledzi losy krewnych.

Prawdę powiedziawszy, spodziewałam się jednotomowej opowieści o rodzinnym spotkaniu oraz o odnowieniu i ponownym umocnieniu więzi rodzinnych. Tymczasem autorka kompletnie mnie zaskoczyła. Okazało się, że Ewa i jej córki są tylko współczesnym tłem, najważniejsze wydarzenia powieści mają miejsce w przeszłości, a dokładniej prawie sto lat temu. Zupełnie nagle, bez żadnego ostrzeżenia czytelnik zostaje przeniesiony z roku 2014 do 1918 i poznaje Jana Korzeńskiego, nestora rodu, z którego wywodzą się Ewa i jej córki.

Od tej chwili Irena Matuszkiewicz doskonale lawiruje pomiędzy teraźniejszością, a przeszłością. Bardziej się jednak skupia na tej drugiej, tworząc kronikę rodu Korzeńskich i osadza ją na tle wydarzeń dwudziestolecia międzywojennego. Dzięki takiemu zabiegowi, czytelnik poznaje realia ówczesnego życia. Ewa Parelska, jej córki i czasy współczesne są tylko przerywnikiem i to niezbyt częstym. To głównie w przeszłości toczy się akcja „Zjazdu rodzinnego”, rozpoczynając od zakończenia pierwszej wojny światowej, a kończąc się na wybuchu drugiej, we wrześniu 1939 roku. 
 
Powieść Ireny Matuszkiewicz jest niezwykle realistycznym obrazem obyczajów w Polsce międzywojennej, osadzonym na tle prawdziwych wydarzeń historycznych. Obrazem zwykłej rodziny kupieckiej, w której najważniejszą rolę pełni ojciec. Nie znajdziemy tu pomiędzy przyszłymi małżonkami wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia, ale zaplanowany i skojarzony związek dwojga zupełnie sobie obcych ludzi, Jana i Leontyny. Związek, który z biegiem czasu owocuje siódemką dzieci. Potomkami Korzeńskich są Leon, Julian, Zdzisława, zwana przez wszystkich Dzidzią, Basia, Janeczka oraz bliźniaczki Zosia i Krysia. Wszystkie te postaci są dokładnie i wnikliwie sportretowane przez autorkę oraz doskonale poprowadzone.
 
Wieczory u Korzeńskich poświęcone były na czytanie. Wszyscy gromadzili się w jadalni przy dużym stole nakrytym serwetą. Było coś magicznego w tym stole, w ciężkiej lampie zdobionej mosiężnymi okuciami, we wzajemnej bliskości siedzących wokół niego osób, co sprawiało, że nawet ruchliwy Leonek zachowywał się spokojnie, zasłuchany w głos babci lub mamy. Jan też bardzo lubił chwile pod lampą i jeśli tylko mógł, wracał do domu krótko przed zamknięciem sklepu, zostawiając na dole subiektów pod bacznym okiem Władka. Zatrudniał teraz trzech pracowników, miał więc nieco wolnego czasu dla rodziny. Przy stole siadał na swoim stałym miejscu i brał na kolana którąś z córek. Jego ulubienicą była Dzidzia.” (str. 123)

Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługuje język, którym posługuje się autorka. Język stylizowany na tamtą epokę i to nie tylko w dialogach... Wydaje mi się, że właśnie dzięki tej stylizacji powieść zyskuje na wartości, a opisy są niezwykle plastyczne, co pozwala czytelnikowi przenieść się w czasie i wczuć w tamtejsze klimaty.

Irena Matuszkiewicz dostojnie snuje swoją opowieść, a niezwykła dbałość autorki o dokładność szczegółów sprawia, że poznajemy życie Korzeńskich od tzw, podszewki. Śledzimy ich losy, łączymy z nimi w chwilach radości i smutku oraz w chwilach zwątpień. Jesteśmy świadkami narodzin kolejnych dzieci Leontyny i Jana oraz towarzyszymy protoplastom rodu w ich wychowaniu i kształtowaniu na wartościowych ludzi. Ze wzruszeniem obserwujemy jak z biegiem lat małżonkowie się docierają, a w końcu darzą się wzajemną miłością i oddaniem, a dzieci dorastają. Razem z nimi przeżywamy ból po stracie bliskich i strach przed tym, co przyniesie kolejna wojna. 
 
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam takie książki i z niecierpliwością będę czekać na kolejny tom sagi. Jeśli więc jeszcze nie czytaliście „Zjazdu rodzinnego” Ireny Matuszkiewicz, koniecznie sięgnijcie po tę powieść i dajcie się nią oczarować. Polecam! Polecam! I jeszcze raz polecam!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 5,5/6
Autor: Irena Matuszkiewicz
Gatunek: Literatura obyczajowa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 376
Data wydania: 20-10-2015
Nr ISBN: 978-83-8069-144-5

# 51. Danuta Noszczyńska - „Farbowana blondynka”

Ile znacie kawałów o blondynkach? Ja nasłuchałam się ich wiele. I co najważniejsze, przeważnie opowiadają je mężczyźni. Mają niezły ubaw, kiedy naśmiewają się z przysłowiowej głupoty blond piękności. A jak to jest w prawdziwym życiu? Lepiej być długonogą blondynką czy też ciemnowłosą i inteligentną przedstawicielką płci niewieściej? Kolejne pytanie jakie możemy sobie zadać to: czy warto ulegać takim stereotypom i oceniać wartość kobiet po kolorze włosów?

Skąd moje powyższe pytania? Otóż zapoznałam się ostatnio z najnowszą powieścią Danuty Noszczyńskiej „Farbowana blondynka”. Jest to mój pierwszy kontakt z twórczością pani Danuty i jestem przekonana, że nie ostatni. Już w tej chwili mogę Wam powiedzieć (napisać), iż sięgnę po kolejną powieść autorki przy najbliższej nadarzającej się okazji.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała jakichkolwiek informacji o samej pani Danucie. W tych czasach to nic trudnego. Nie potrzeba sięgać po ogromne tomiszcze, jakim jest Encyklopedia... Wystarczy włączyć komputer, wejść w przeglądarkę i zdać się na przysłowiowego wujka Google. Właśnie w ten sposób trafiłam na bloga pani Noszczyśkiej i zapoznałam się z tym, co pisze sama o sobie:

"Urodziłam się w najpiękniejszym dziesięcioleciu ubiegłego wieku, w najpiękniejszym miejscu na ziemi. I choć jedno i drugie może być dla wielu sprawą kontrowersyjną, niech sobie będzie. Ja wiem lepiej.
Nie rokowano mi długiego żywota – miałam ponoć przeżyć najwyżej pół roku. Ale moja mama poszła na udry z ówczesną medycyną, skutkiem czego pierwsze miesiące mojego życia spędziłam w klinikach i szpitalach. Opatrzność chyba w końcu znalazła dla mnie jakiś etat na tym padole, bo zawiesiła mi wyrok na czas bliżej nieokreślony…
Kiedy, jako spory już bobas, zawitałam wreszcie w domu, mama ze szczęścia omal nie zagłodziła mnie na śmierć… Powodowana wyrzutami sumienia nadrabiała owo „niedopatrzenie” przez kolejne lata tak gorliwie, że przez całą szkołę podstawową byłam najlepiej utuczonym dzieckiem we wsi. Ku dumie i radości rodziny oraz mojej własnej rozpaczy…
Ale nie ma dymu bez kolców. Podobno ludzie zakompleksieni, nieśmiali, nadrabiają wszelkie niedostatki realnego życia bogatą wyobraźnią… Dzisiaj nie mam już potrzeby wymyślania swojego szczęścia, bo mam absolutnie wszystko, co można by tym mianem określić: wspaniałą rodzinę (kochającą mamę, cudownego męża, dwie wspaniałe córki, brata, który zawsze stoi za mną murem), dom z bujnym zielonością ogrodem, pracę, którą uwielbiam - a całą swoją wyobraźnię wkładam w pisanie książek i scenariuszy." (źródło: http://www.danutanoszczynska.pl/o-mnie)

Powyższe słowa wskazują, że autorka jest kobietą z niezwykłym poczuciem humoru. Dlatego też z niezwykłą ciekawością zagłębiłam się w lekturze „Farbowanej blondynki”, zastanawiając, czym uraczy mnie pani Noszczyńska.

Pochodząca ze wsi Tamara, zawsze marzyła o tym, aby wyrwać się z głębokiej prowincji. Kiedy więc ukończyła odpowiednie szkoły, wyjechała do dużego miasta i robiła wszystko, żeby spełnić swoje marzenie i stać się kobietą sukcesu. I tak się stało, ale zanim to nastąpiło, przekonała się, że mądrość i inteligencja to nie wszystko, czego szef oczekuje od swojej pracownicy. Po porażce na rozmowie kwalifikacyjnej, w dalszym dążeniu celu pomaga jej zmiana image, czyli przefarbowanie się na blondynkę i niezwykła dbałość o swój wygląd. Jako farbowana blondynka otrzymuje wymarzoną posadę i rzuca się w wir pracy, pnąc się w górę po szczeblach kariery. Jednak czy jest tak naprawdę szczęśliwa? Przekonacie się o tym, kiedy sięgniecie po powieść Danuty Noszczyńskiej.

Farbowana blondynka” to lekka lektura, która umili nam zimowy wieczór. Autorka posługuje się prostym językiem, a jej poczucie humoru niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. Na szczególną uwagę zasługują spotkania Tamary z przyjaciółkami i niezwykle zabawne dialogi będących w niezłej komitywie kobiet. Nadchodzi jednak taki moment, że koleżanki Tamary przestają być singielkami i główna bohaterka czuje się przez nie opuszczona w czasie, kiedy ich najbardziej potrzebuje, gdyż przeżywa prawdziwe rozterki, ponieważ „facet jej nie chce”. 
 
W „Farbowanej blondynce” autorka porusza kilka bardzo ważnych tematów – przyjaźni, która pomaga pokonywać wszelkie trudności, miłości oraz konsekwencji w dążeniu do wyznaczonych sobie celów. Danuta Noszczyńska na przykładzie głównej bohaterki pokazuje czytelnikowi, że kariera zawodowa, czy wygląd jak przysłowiowy milion dolarów to dla kobiety za mało, gdyż wszystkie zostałyśmy stworzone do miłości. Każda z nas, nawet taka karierowiczka jak Tamara, zatęskni w końcu za wielkim uczuciem i za mężczyzną, do którego może się przytulić. Za mężczyzną, który będzie nas traktować jak prawdziwe partnerki życiowe, a nie jak tymczasową „konfigurację”.

(...)jeśli wiedzą, czego chcą od życia, powinni do tego konsekwentnie dążyć. I nic nie robić na pół gwizdka. Po prostu – wszystko albo nic. Z takim założeniem mogą osiągnąć naprawdę dużo. Znam osoby, które wszędzie udzielały się po trochu: troszkę niby się kształciły, troszkę pracowały, a co im zostało, ulokowały w tak zwanym życiu rodzinnym. I wyszło z tego jedno wielkie... nic. Młyn, który miele dwadzieścia cztery na dobę, a zamiast mąki produkuje same plewy, i to w dużych ilościach...” ( str. 17)

Jednak przyjaźń, miłość i konsekwencja to nie wszystkie poruszone w powieści problemy. Autorka wplata w akcję również kwestię obowiązku opieki nad starszymi, schorowanymi rodzicami oraz rodzinne potyczki dotyczące testamentu i spraw majątkowych.

Czy warto sięgnąć po powieść Danuty Noszczyńskiej „Farbowana blondynka”? Cóż... moim zdaniem tak! A dlaczego? A chociażby dla doskonale wykreowanego portretu psychologicznego głównej bohaterki, intrygująco ukazanego współczesnego pokolenia oraz doskonałego stylu autorki i niezwykłego poczucia humoru. Polecam!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 5/6
Autor: Danuta Noszczyńska
Gatunek: Literatura współczena
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 326
Data wydania: 08-10-2015
Nr ISBN: 978-83-8069-141-4

środa, 23 marca 2016

# 49. „W poszukiwaniu szczęścia” - Melissa Hill

Trochę zawiedziona ostatnią lekturą, postanowiłam sięgnąć po coś lekkiego i typowo babskiego. Wśród książek przesłanych mi przez Sztukatera znalazłam powieść Melissy Hill „W poszukiwaniu szczęścia”. Skłamałabym, gdybym Wam napisała, że nie spędziłam miło czasu, śledząc losy głównych bohaterów. Potrzebowałam takiej odskoczni od codzienności, a Melissa Hill zabrała mnie do wręcz bajkowego świata.

Wiele lat temu Holly O'Neill otrzymała tajemniczą przesyłkę z bransoletką oraz zawieszką i od tej pory otrzymuje kolejne paczuszki z zawieszkami zawsze wtedy, kiedy w jej życiu dzieje się coś szczególnego. Ta prosta biżuteria jest dla niej bardzo ważna. Jest jak mapa, opisująca ścieżki jej życia. Dlatego też znalazłszy inną bransoletkę z zawieszkami, postanawia uczynić wszystko, aby zwrócić ją prawowitej właścicielce i zaczyna śledztwo. W poszukiwaniach pomaga jej synek, którego samotnie wychowuje.

Greg jest odnoszącym sukcesy zawodowe maklerem giełdowym. Ma dosyć pracy od świtu do nocy w zamkniętym biurze i marzy o wyrwaniu się z tego kieratu. Pragnie innego życia... chce się ustatkować i założyć rodzinę. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia postanawia rzucić pracę i zająć się fotografowaniem Nowego Jorku. Otwiera prywatną firmę i zaczyna pracę dla jednej z nowojorskich gazet. Niestety, ta decyzja nie znajduje aprobaty u jego partnerki, Karen. 
 
W poszukiwaniu szczęścia” jest napisana lekkim i przyjemnym językiem. Bijące z kart powieści ciepło, przenosi czytelnika w świat świątecznej magii. I tutaj dodam małą dygresję. Otóż stwierdzam, że tę książkę powinno się czytać w okolicach Bożego Narodzenia. Dlatego żałuję, iż nie sięgnęłam po nią wcześniej. Ale cóż... jak mówi pewne powiedzenie – co się odwlecze, to nie uciecze. Przecież można też przeżyć świąteczne wzruszenia nawet w marcu, prawda?

Dużym plusem tej powieści są liczne retrospekcje. Niespodziewanie dla czytelnika, autorka przenosi go kilka lat wstecz, dzięki czemu może lepiej poznać bohaterów i zrozumieć motywy ich obecnego działania. Nie ukrywam, że dodaje to smaczku w odbiorze całości historii. Dodatkowym atutem jest pomysł, aby co jakiś czas oddać głos właścicielce zagubionej bransoletki.

Bohaterowie są dość dobrze wykreowani i nie sposób przejść obok nich obojętnie. Zarówno Holly jak i Greg wzbudzają sympatię. Osobiście muszę przyznać, że bardzo polubiłam również tajemniczą właścicielkę zagubionej bransoletki, której autorka oddała kilkakrotnie głos, wprowadzając narrację pierwszoosobową – polubiłam jej mądrość życiową i siłę.

Jednakże musiałam być silna. Dla nikogo nie byłoby dobrze, gdybym się załamała. Nawet w skrytości ducha, gdy sama przed sobą musiałam przyznać, że się boję, że przyszłość mnie wręcz przeraża, starałam się też skupiać na dobrych stronach. Pod wieloma względami mamy wiele szczęścia, dużo więcej niż mnóstwo ludzi w takiej sytuacji. (…) Wiele razy przychodziło mi do głowy, że ta choroba jest również błogosławieństwem, gdyż otworzyła mi oczy i uświadomiła o tym schorzeniu. Ochoczo zaangażowałam się w działalność różnych towarzystw dobroczynnych w mieście, a dzięki uczestnictwu w tych organizacjach usłyszałam historie innych chorych – czasem zakończone szczęśliwie, czasem tragicznie. Dzięki temu doceniam, że nie jestem i nigdy nie będę samotna w mojej walce. Zerknęłam na swoją bransoletkę i instynktownie dotknęłam różowej wstążki.” (str. 276)

Z głównych bohaterów powieści bardziej do mnie przemówiła postać Holly, będąca samotną matką – może dlatego, iż sama jestem w podobnej sytuacji. Wiadomo, że każdy rodzic, który sam wychowuje dziecko, jest w trudnym położeniu. Samotna matka musi w pewien sposób zastąpić dzieciom ojca, musi być mamą i żywicielem. Holly została przedstawiona nam jako kobieta bardzo ciepła i, moim zdaniem, doskonale sobie radząca w tej podwójnej roli oraz bardzo empatyczna – zadziwiająco dobrze sobie radzi w podbramkowych sytuacjach:

(...), wiem, że nie jest najlepszym ojcem na świecie, ale możesz wziąć to, co ci daje, i zrobić z tego coś lepszego. Skoro uważasz, że dał ci wyłącznie nazwisko, skorzystaj z tego. Weź to nazwisko i uczyń je najlepszym nazwiskiem na świecie. (…) obróć je w złoto, dobrze? (…) Urodziłeś się jako Daniel Joseph Mestas, mój syn. Więc nigdy tego nie zmieniaj.”

Kim jest tajemnicza właścicielka bransoletki? I w jaki sposób zwykła biżuteria może wpłynąć na losy dwojga obcych sobie ludzi? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po powieść Melissy Hill.

Podsumowując, „W poszukiwaniu szczęścia” jest niezwykle ciepłą historią, doskonałą na spędzenie miłego wieczoru po ciężkim dniu pracy. Może jest trochę bajkowa, ale jej lektura na pewno poprawi Wam humor i doda pozytywnej energii. Polecam nie tylko przed Bożym Narodzeniem, ale przez cały rok. Pozwólcie się przenieść do Nowego Jorku i poczujcie świąteczną magię.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 4,5/6
Autor: Melissa Hill
Gatunek: Literatura współczena
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 408
Data wydania: 13-19-2015
Nr ISBN: 978-83-8069-155-1