Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2016

# 61. „Mój język prywatny” - Jerzy Bralczyk

Słowa są dla mnie bardzo ważne.(...) O słowach dużo myślę.”
Tak pisze Jerzy w swojej przedmowie do „Mojego prywatnego języka”. Pisze w niej nie tylko o słowach, które tak bardzo uwielbia, ale również o sobie i daje się w ten sposób czytelnikowi bardziej poznać. Kim więc jest Jerzy Bralczyk, sławny na całą Polskę językoznawca?
Jego rodzice byli wiejskimi nauczycielami. Sam Jerzy Bralczyk zawsze był raczej marnej postury, więc nie był popularny wśród rówieśników, a to że uczył się dobrze, pogarszało jeszcze jego status towarzyski. Był chorowitym dzieckiem, więc zabijał nudę, czytając książki. Będąc dziesięciolatkiem, przeczytał całe „Quo vadis” i do dzisiaj zna na pamięć całe fragmenty tej lektury. Od wczesnego dzieciństwa czytał „Pana Tadeusza” i do dziś czyta go na okrągło. Uznaje go za najlepszą książkę do dziś i może poszczycić się największym na świecie zbiorem różnych wydań tego właśnie literackiego arcydzieła. Ceni sobie również Słowackiego i Beniowskiego. Nic więc dziwnego, że mając takie podstawy, stał się jednym z największych specjalistów w dziedzinie językoznawstwa.
Mój język prywatny” to wspaniała pozycja, w której Jerzy Bralczyk w gawędziarski sposób pisze o ważnych dla niego słowach i pokazuje w jaki sposób używać ich poprawnie oraz wyjaśnia, że jedno słowo może mieć wiele różnych znaczeń, z zależności od tego w jakim kontekście, czy też w jakiej frazeologii ich użyjemy.
Mój język prywatny”, jak sam autor nadmienia, ma układ słownikowy. Hmm... Ja bym jednak się pokusiła o stwierdzenie, że jest to raczej zbiór felietonów. Zresztą, poszczególne z nich były wcześniej drukowane jako felietony w miesięczniku psychologicznym „Charaktery” oraz w „Przekroju”. Motywem przewodnim każdego z tych felietonów jest jedno słowo i wokół niego autor snuje swoje opowiastki:

Bardzo. Jak się zastanowić, to dosyć dziwny wyraz. Nawet bardzo dziwny. Dziwnie brzmi i wygląda. A w ogóle jest jakiś niezupełny. Bardzo co?
Stopniuje się, jak najbardziej. Ale też nie bardzo sam się stopniuje, tylko pomaga w stopniowaniu czegoś innego, co samo nie bardzo potrafi. Ciepło – cieplej, ale gorąco – bardziej gorąco. „Goręcej” jest jakieś nie bardzo.
Z jednej strony – kawałek formy odmiany, z drugiej – bardzo przyzwoite samodzielne słowo. Jak bardzo samodzielne, zależy od użycia.
(…)
I z grzeczności najczęściej mówię „bardzo proszę”, „bardzo dziękuję”, „bardzo przepraszam”. A także „bardzo mi miło”. Albo: „naprawdę bardzo mi miło”. „Bardzo, ale to bardzo mi miło”.
No, teraz trochę przeholowałem. Nawet bardzo.”

Jak widać z powyższego fragmentu, Jerzy Bralczyk lubi zabawę słowami. W jednym krótkim felietonie ukazuje mnóstwo przykładów użycia danego słowa, wyjaśnia jego znaczenie, przedstawia najczęściej stosowane konstrukcje i wyjaśnia jego pochodzenie.
Mój język prywatny” uświadomił mi, że niby tak wiele wiem o naszym rodzimym języku, a jednak w porównaniu z wiedzą profesora Bralczyka, tak naprawdę niewiele wiem. Lektura słownika autobiograficznego, jak sam autor go nazywa, sprawiła, że nabrałam chęci, aby tak jak Bralczyk pobawić się słowem, rozebrać je na czynniki pierwsze, użyć w wielu kontekstach, ubrać w różne intonacje i posmakować.
Krótko mówiąc, „Mój język prywatny” poszerza wiedzę czytelnika oraz dostarcza niezłej zabawy. Polecam!
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.


Moja ocena: 6/6
Autor: Jerzy Bralczyk
Gatunek: Słownik
Wydawnictwo: Iskry
Ilość stron: 339
Data wydania: 02-09-2015
Nr ISBN: 978-83-207-0413-1

niedziela, 19 czerwca 2016

# 60. „Calder. Narodziny Odwagi” - Mia Sheridan

Mia Sheridan, do niedawna jeszcze nieznana w naszym kraju, w ostatnim czasie podbija serca polskich czytelniczek. Autorka z wielkim sukcesem wdarła się na nasz rynek księgarski. Jej powieści są niezwykle klimatyczne i pełne wzruszeń. Swoją serię „Sign of Love”, Mia zapoczątkowała w 2013 roku, wydając debiutancką powieść, zatytułowaną „Leo”. Książka przypadła do gustu Amerykankom, a autorka sukcesywnie zaczęła wydawać kolejne powieści z tej serii. Jej powieść „Bez słów” jeszcze niedawno odniosła wielki sukces na polskim rynku wydawniczym. Moją krótką recenzję na podstawie anglojęzycznej wersji znajdziecie tutaj. Krótko po niej w naszych księgarniach, miałyśmy przyjemność zaopatrzyć się w kolejną - „Stinger. Żądło namiętności” , o której również pisałam na swoim blogu tutaj. Obecnie mam przyjemność podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat ostatnio wydanej u nas powieści Mii, zatytułowanej „Calder. Narodziny odwagi.”

Krótko na temat fabuły.

Na samym wstępie, autorka przytacza Legendę o Wodniku, co sugeruje, że ten znak zodiaku będzie motywem przewodnim całej powieści. Jeśli czytaliście przeprowadzony przeze mnie jakiś czas temu wywiad z Mią Sheridan (jeśli nie, znajdziecie go tutaj), zapewne wiecie, iż Mia w swoich powieściach próbuje wykreować postaci, które charakteryzują się cechami przypisywanymi danemu znakowi zodiaku i stawia na ich drodze życiowej różne przeciwności. Autorka dobrze się bawi, starając się dokonać dogłębnej analizy psychologicznej swoich bohaterów w obliczu trudów oraz w czasie prób ich przezwyciężania.

Calder jest bohaterem stworzonym na wzór legendarnego Ganimenedesa, który był czczony jako Wodnik. Nasz bohater mieszka i wychowuje się w zamkniętej społeczności, w sekcie, gdzie każdy jej członek ma swoje własne miejsce i nikt nie ma prawa liczyć na to, że zajmie wyższe stanowisko. Wszyscy jej członkowie mają swoje zadania, które wykonują bez szemrania. Nie kontaktują się ze światem zewnętrznym. Tylko przywódcy mają prawo wychodzić poza zamkniętą posiadłość. Calder również miał swoje zadanie, gdyż został mianowany nosicielem wody. Jako mały chłopiec głęboko wierzył w nauki swojego przywódcy, Hektora. Dlatego kiedy poznał małą Eden był przekonany, że jej przeznaczeniem jest zostać żoną Hektora i matką wszystkich współwyznawców, która wraz z mężem poprowadzi ich do krainy szczęścia, do Elizjum.

Jednak z biegiem czasu Calder zauważa w Eden kobietę, której zaczyna pożądać i w której się zakochuje. Od tej chwili ten młody mężczyzna toczy nieustanną walkę pomiędzy tym w co wierzy, a tym czego pragnie. Jak się ta walka zakończy? Przekonajcie się sami, sięgając po lekturę powieści Mii Sheridan „Calder. Narodziny odwagi”.

Powieść pełna wzruszeń.

Mia Sheridan jest znana czytelnikom z tego, iż jej powieści są pełne wzruszeń i nostalgii. Nie brakuje tego również w „Calderze.” Zagłębiając się w fabułę, czytelnik na równi z bohaterami przeżywa chwile bólu, tęsknoty oraz zwątpień, gdyż postaci są tak doskonale wykreowane, że bez trudu możemy się z nimi utożsamiać.

Chylę czoła przed autorką za pomysł umieszczenia akcji w takiej a nie innej scenerii. Ze zgrozą w sercu czytałam o warunkach, w jakich żyją członkowie sekty, pięknie nazwanej przez Hektora Arkadią. Ze wściekłością czytałam o jawnej niesprawiedliwości, jaka w niej panuje. No bo do czegóż to podobne, że zwykli robotnicy żyją w skrajnej nędzy i mogą korzystać tylko z plonów ziemi, a przywódcy mogą korzystać z cywilizowanego świata i z jego dóbr? Jakież emocje czułam, czytając kazania Hektora, który twierdził, że jest ojcem wszystkich członków zgromadzenia, że jest prorokiem, a jego słowa są święte i należy postępować zgodnie z jego widzimisię! Mało tego! Ten człowiek stworzył swoją własną „Świętą księgę”, którą kazał wszystkim czytać tak jak wielu ludzi czyta „Biblię” czy „Koran”. Cała społeczność Arkadii musiała się podporządkować jego woli... Hektor natomiast mógł ich chwalić lub, jeśli w jego mniemaniu zasłużyli na karę, karać, skazując na ból fizyczny i poniżając...

Podsumowanie

Mia Sheridan, moim skromnym zdaniem, jest mistrzynią słowa pisanego. Jej powieści są cudowne! Są doskonale przemyślane od początku do końca. W przypadku „Caldera” już sam prolog wywołał u mnie ogromne zainteresowanie i wprost wbił mnie w fotel. Nie mogłam się oderwać od książki, gdyż przez cały czas miałam nadzieję, że dowiem się w końcu co się stało i dlaczego. Zakończenie natomiast sprawiło, że rozpadłam się na kawałki, a pozbieram się w całość zapewne dopiero po przeczytaniu drugiej części.

Mia Sheridan zastosowała tu narrację pierwszoosobową i oddała w ten sposób głos obojgu bohaterom, dzieląc powieść i przeplatając ją rozdziałami poświęconymi każdemu z nich. Czytelnik z pierwszej ręki dowiaduje się o kolejnych wydarzeniach z życia Caldera i Eden, poznaje ich myśli, odczucia oraz motywy, jakimi się kierują, próbując pokonać przeciwności losu. Dzięki temu zabiegowi autorka dokonała głębokiej analizy psychologicznej kreowanych przez siebie postaci, a czytelnik łatwo może się z nimi utożsamiać.

Calder. Narodziny odwagi” jest przepiękną powieścią o miłości. Jednak znajdziecie w niej nie tylko to. Jest to również wspaniała opowieść, ukazująca życie w zamkniętej społeczności, zdominowanej przez samozwańczego przywódcę i guru. Z pierwszoosobowej relacji dwójki głównych bohaterów, dowiecie się jak to jest, kiedy człowiek poddawany jest przysłowiowemu praniu mózgu do tego stopnia, że godzi się na jawną niesprawiedliwość, która panuje w sekcie. Z zapartym tchem będziecie śledzić proces dojrzewania Caldera i Eden, kiedy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że zostali ograbieni z życia i własnej tożsamości, i podejmują decyzję o ucieczce oraz kiedy postanawiają walczyć o wspólną przyszłość.

Powieść Mii Sheridan już od pierwszej strony wzbudza zainteresowanie. Czytelnik nie jest w stanie odciąć się emocjonalnie od opisywanych w niej wydarzeń. Przygotujcie się na to, iż w trakcie lektury „Caldera...” poczujecie całą gamę emocji – od wzruszenia po szok, od zaskoczenia po nienawiść i niechęć. Przygotujcie się na to, iż nie będziecie w stanie oderwać się od tej historii, póki nie przeczytacie ostatniej strony... A po zakończeniu pozostaniecie z uczuciem niedosytu i z niecierpliwością będziecie oczekiwać kolejnej części, która niebawem pojawi się w naszych księgarniach.

Gorąco polecam!

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Septem oraz Grupie Wydawniczej Helion.


Moja ocena: 6/6
Autor: Mia Sheridan
Gatunek: Literatura kobieca
Wydawnictwo: Septem
Ilość stron: 373
Data wydania: 15-06-2016
Nr ISBN: 978-83-283-2027-7

środa, 1 czerwca 2016

#59. „Oblubienice wojny” Helen Bryan - Przedpremierowo

Wspominałam Wam już, że uwielbiam powieści z historią w tle. Zapewne tak i to nie raz. Z czystym sumieniem mogę to jeszcze raz powtórzyć i zrobię to zapewne jeszcze wiele razy. Jednak największym rarytasem są dla mnie historie osadzone w czasie II wojny światowej, a taką właśnie otrzymałam ostatnio od Wydawnictwa Editio. Swoją drogą, jestem bardzo wdzięczna owemu wydawnictwu za umożliwienie zapoznania się z „Oblubienicami wojny” i to jeszcze przed premierą.

O autorce słów kilka.

Helen Bryan urodziła się w Stanach Zjednoczonych w Wirginii, dorastała w Tennessee, a od wielu lat mieszka w Wielkiej Brytani, w Londynie. Z wykształcenia jest prawniczką. W 2002 roku napisała biografię Marthy Washington, która została obsypana nagrodami. Powieść „Oblubienice wojny” to wydany w 2007 roku debiut literacki Helen Bryan, zainspirowany prawdziwymi wspomnieniami kobiet, które przyłączyły się do Kierownictwa Operacji Specjalnych, założonego przez Churchilla.
Wciągająca fabuła

Alice, Elsie, Tanni, Evangeline oraz Frances to kobiety pochodzące z różnych stron świata oraz z różnych środowisk. Wybuch II wojny światowej sprawia, że spotykają się w małej wiosce Cromwarsh Priors, w południowo-wschodniej Anglii. Wspólnie stawiają czoła wojennej rzeczywistości, wspólnie pracują dla dobra kraju oraz wzajemnie się o siebie troszczą i pomagają innym ludziom, głównie ewakuowanym z zagrożonego i bombardowanego Londynu kobietom i dzieciom. Pomiędzy bohaterkami rodzi się prawdziwa przyjaźń i kiedy cztery spośród nich spotykają się po pięćdziesięciu latach, wspólnie trafiają na ślad zdrajcy i postanawiają pomścić niewinną śmierć...

Powieść obyczajowa z wojną w tle

Oblubienice wojny” to przede wszystkim powieść obyczajowa osadzona w Anglii w czasie II wojny światowej. Przedstawiając kolejne bohaterki, autorka dogłębnie analizuje ówczesne obyczaje, panujące w różnych środowiskach społecznych tamtejszych czasów i zabiera czytelnika w podróż do Cromwarsh Priors, gdzie wychowała się Alice Osbourne, do Nowego Orleanu, z którego pochodzi Evangeline Fontaine oraz do Austrii, gdzie wychowała się będąca żydówką Tanni i do Londynu, gdzie poznajemy wywodzącą się z angielskiej arystokracji Frances oraz z pochodzącą z robotniczej rodziny Elsie. Mamy tu więc całą plejadę różnorodnych bohaterek, które dzielą ten sam los, spotykając się w Crowmarsh Priors, a Helen Bryan doskonale buduje ich portrety psychologiczne, dzięki czemu poznajemy ich uczucia oraz motywy, którymi się kierują.
Oblubienice wojny”, moim zdaniem, jest niezwykle wciągającą powieścią, którą cenię sobie tym bardziej, iż Helen Bryan w głównej mierze skupiła się wątku obyczajowym, ściśle związanym z losami tworzonych przez siebie bohaterek. Poznajemy je jako kobiety, które przejmują w społeczeństwie męskie obowiązki – pracują na roli, organizują ewakuację kobiet i dzieci z bombardowanego Londynu, przyjmują ich we własnych domostwach i opiekują się nimi. Jako kobiety, które chcą być silne i pomocne i które tak jak Frances chcą wstąpić do tajnych służb, bezpośrednio walczących na froncie lub we francuskim ruchu oporu. Jako kobiety, które mimo wojennych zawirowań i wykonywania męskich prac, nadal czują się pełnowartościowymi niewiastami i chcą kochać oraz być kochane.
Autorka raczy nas ogromną ilością szczegółów dotyczących tego, co w czasie wojny w Anglii się jadło, piło oraz jak się ubierano. Co jest ważne... w to wszystko są wplecione informacje dotyczące tego, co działo się wówczas na świecie i na kilka chwil przeniesiemy się do Austrii, Francji oraz do Polski i prześledzimy losy jeńców w obozach koncentracyjnych oraz zostaniemy zszokowani badaniami, które były tam prowadzone na rozkaz Hitlera.
Nie będę się dłużej rozwodzić, ani wymieniać plusów, czy minusów powieści Helen Bryan. Dodam tylko, że jest to naprawdę niezwykle udany debiut literacki, a powieść „Oblubienice wojny” z pewnością podbije serce niejednej czytelniczki. Z pełnym entuzjazmem oraz z czystym sercem polecam, polecam i po trzykroć polecam!
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio oraz Grupie Wydawniczej Helion.

Moja ocena: 5,5/6
Autor: Helen Bryan
Gatunek: Powieść obyczajowa
Wydawnictwo: Editio
Ilość stron: 406
Data wydania: 02-06-2016
Nr ISBN: 978-83-283-2239-4




sobota, 7 maja 2016

# 58. „Migdałowy aromat” - Anna Nejman

Uwielbiam migdały. Są pyszne i doskonale poprawiają smak ciasta. Moją specjalnością jest sernik na kruchym spodzie, z wiśniami i bezą na wierzchu, obsypany płatkami migdałowymi. Mniam. Wszyscy członkowie mojej rodziny go lubią i ledwo przekroczą próg mojego mieszkania pytają: „A sernik z migdałami masz?”. Przeważnie mam... zwłaszcza wtedy, kiedy spodziewam się gości.
Moje uwielbienie do migdałów sprawiło, że z wielką ciekawością zabrałam się do lektury debiutanckiej powieści Anny Nejman. „Migdałowy aromat”. Mmm... pyszny tytuł, prawda? I aromatyczny. Zabierając się za lekturę, zastanawiałam się w jakiej formie autorka poda te migdały czytelnikowi – ciasta, nalewki czy też może tylko zapachu? Byłam ciekawa czy historia Anny Nejman mnie zauroczy, czy zawładnie moją czytelniczą duszą, czy też pozostanie mi obojętna i szybko o niej zapomnę. Za chwilę dowiecie się jakie wrażenie na mnie wywarł ten debiut literacki.
Główną bohaterką „Migdałowego aromatu” jest Eliza, która przybywa do Ustronia, położonego w stanie Delaware w wielkiej Ameryce (a konkretnie w USA, gdyż Ameryk mamy aż dwa kontynenty) gdzieś niedaleko Filadelfii. Skąd Ustronie w Stanach Zjednoczonych? Nie znajdziecie go na mapie, gdyż to tylko nazwa domu, w którym mieszkało czworo przyjaciół polskiego pochodzenia. Czworo leciwych przyjaciół, którzy postanowili wspólnie spędzić ostatnie lata i opiekować się sobą wzajemnie, nie chcąc trafić do domów opieki. Jednym z nich był ojciec Elizy.
Kobieta przyjeżdża do Ustronia, aby w spokoju przejrzeć listy oraz zapiski jego poprzednich mieszkańców i opisać ich historię. Poza tym pracuje jeszcze nad opowiadaniem dla Adama. Niestety, po przybyciu na miejsce okazuje się, że tego spokoju ma jak na lekarstwo, gdyż wokół niej ciągle się coś dzieje. Plany Elizy zostają wywrócone do góry nogami, kiedy na jej drodze pojawi się przystojny sprzedawca antyków, Larry, a ona sama stanie przed nie lada dylematem.
Dzięki tej nowej znajomości, w Elizie, ponad czterdziestoletniej starej pannie budzi się chęć do życia. Kobieta przekonuje się, że miłość i porywy serca nie są zarezerwowane tylko dla ludzi młodych, a takie jak ona również mogą poczuć przysłowiowe motyle w brzuchu. Zdaje sobie sprawę, że się zakochała, ale jednocześnie jest przekonana, że w jej przypadku żaden związek nie ma szans na powodzenie, więc odpycha od siebie Larry'ego. Dobrze, że facet jest na tyle zdeterminowany i robi wszystko, aby ją zdobyć, ale czy mu się to uda? Przekonacie się o tym, zagłębiając się w lekturze powieści Anny Nejman.
Migdałowy aromat” jest niezwykle klimatyczny. Autorka pokazuje nam, że miłość jest możliwa w każdym wieku i nawet po czterdziestce można spotkać swoją drugą połówkę. Nawet tak późno można przeżyć płomienny romans, wyjść za mąż i ku zaskoczeniu wszystkich dostać od losu szansę na macierzyństwo. I tak jak w prawdziwym życiu, nie wszystko tutaj jest piękne i sielankowe – pojawiają się tacy, którzy chcą zniszczyć dopiero co rozwijający się związek, groźby, pożar i byli partnerzy. Czy Eliza i Larry to przezwyciężą? Zawalczą o wspólne szczęście?
Muszę dać autorce wielki plus za wspaniały pomysł na konstrukcję „Migdałowego aromatu”, gdyż akcja powieści toczy się dwutorowo. Rozwijający się w czasie teraźniejszym romans Elizy i Larry'ego, wzbogacony jest o wstawki z przeszłości, kiedy Eliza pisze powieść na podstawie listów jednej z poprzednich lokatorek Ustronia. W obu przypadkach akcja toczy się z reguły leniwie, tak jakby autorka chciała, aby toczyła się tak jak to w życiu bywa. Wprowadza co prawda kilka scen mrożących krew w żyłach, ale zaraz potem wraca do poprzedniego spokojnego tempa.
Anna Nejman stara się posługiwać literackim i kwiecistym językiem, rozbudowując opisy chwilami do niebotycznych wręcz rozmiarów. Czytelnik bardzo często znajduje tu zdania wielokrotnie złożone. Miłą niespodzianką są wplecione w powieść wiersze.
Podsumowując „Migdałowy aromat” jest w miarę lekką i przyjemną lekturą. Są w niej pewne niedociągnięcia, ale myślę, że można przymknąć na nie oko, biorąc pod uwagę fakt, iż autorka dopiero wkracza na drogę pisarską. Całość czyta się w miarę przyjemnie. Mimo iż powieść ta nie porywa i nie sprawia, że czytelnik zapomina o całym świecie, z pewnością jest warta polecenia.
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl
Moja ocena: 4/6
Autor: Anna Nejman
Gatunek: Literatura kobieca
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 504
Data wydania: 12-10-2015
Nr ISBN: 978-83-7785-770-0

# 56. „Mam na imię Freedom” - Jax Miller

Nazywam się Freedom Oliver i zabiłam swoją córkę.” Takimi słowami rozpoczyna się debiutancka powieść Jax Miller. Intrygujący początek, prawda? Pobudzający wyobraźnię czytelnika do takiego stopnia, że w myślach zaczyna układać sobie scenariusz hipotetycznych wydarzeń oraz widzi obraz jakiejś psychopatki, która morduje swoje niewinne dziecko. Przynajmniej ja tak miałam. I co? Sprawdziły się moje przypuszczenia? Całkowicie nie!
Freedom Oliver nie okazała się żadną psychopatką, ale kobietą po przejściach, która będąc oskarżona o zabicie męża, musiała oddać do adopcji własne dzieci. Po długo trwającej rozprawie sąd zdecydował, że jest niewinna i objął ją programem ochrony świadków. Nessa Delaney, gdyż tak brzmi jej prawdziwe nazwisko, zmieniła swoją tożsamość i przeniosła się z Nowego Jorku do małej, zapadłej mieściny, w której pracowała jako barmanka. Nie odzyskała jednak swojego potomstwa.
Autorka przedstawia nam obraz kobiety niesfornej, nie stroniącej od alkoholu. Kobiety, która ciągle sprawia kłopoty swoim opiekunom (nazywa ich „prośkami”) oraz miejscowemu policjantowi, Martinowi. Kobiety, która mimo iż jest to jej zakazane, cały czas śledzi losy swoich dzieci przez najpopularniejszy na świecie portal internetowy, czyli przez Facebooka. Martwi się o nie, więc jak to możliwe, aby pierwsze zdanie powieści, mogło być prawdziwe? Skoro kocha córkę, jak mogłaby ją zabić? Chcecie wiedzieć, co się stało i dlaczego Freedom się obwinia? Przeczytajcie debiutancką powieść Jax Miller.
Biorąc tę książkę do ręki, pomyślałam sobie - „co to za tytuł? Jak to się ma do zapowiadanego na okładce thrillera?” No tak... można się nad tym zastanawiać, gdyż „Mam na imię Freedom” sugerowałoby raczej jakąś obyczajówkę, a nie powieść grozy. Jeśli jednak spojrzymy na tytuł oryginalny... to już całkowicie zmienia nasz punkt widzenia. „Freedom's Child”. W dosłownym tłumaczeniu „Dziecko Freedom”. Z czym nam się może skojarzyć? Oczywiście... myślę, że nie tylko mnie... z „Dzieckiem Rosemary”. Rozumiem, że polski wydawca zrezygnował z dokładnego przekładu tytułu, aby zmylić przeciętnego czytelnika? Może miał tu zadziałać jakiś element zaskoczenia? Nadal się zastanawiam, dlaczego nie dał oryginalnego tytułu. Jedynym wyjaśnieniem tej sytuacji może być chyba tylko fakt, że słowa „nazywam się Freedom” cyklicznie powtarzają się w powieści, nadając całości swoisty rytm.
Na uwagę zasługuje tu narracja. Autorka wielokrotnie oddaje głos głównej bohaterce, stosując narrację pierwszoosobową. Od samej Freedom dowiadujemy się kim jest, co zrobiła w przeszłości oraz jak wygląda jej życie obecnie. To Freedom zabiera czytelnika w swój świat, przedstawiając nam własne wspomnienia (retrospekcje) i uczucia. Pozostałych bohaterów, Jax Miller wprowadza i przedstawia, używając narracji trzecioosobowej.
Jak oceniam debiut Jax Miller? Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że można go zaliczyć do tych dobrych. Powieść ma trochę wad, jak chociażby zbyt powierzchownie poprowadzone postaci drugoplanowe – są raczej stereotypowe, ograniczone tylko do roli, w której występują. Brakowało mi ich głębszych portretów psychologicznych. Jednak te małe potknięcia rekompensuje dobrze budowane napięcie, dozowanie informacji w taki sposób, aby wzbudzić ciekawość czytelnika oraz pobudzić jego wyobraźnię.
Szczerze mówiąc, powieść Jax Miller mną zawładnęła. Trudno mi było oderwać się od jej lektury, ponieważ zżerała mnie ciekawość co dalej... Z każdym rozdziałem byłam coraz bardziej zaintrygowana, pragnęłam wiedzieć, co się stało z córką Freedom – kto ją porwał i dlaczego. Zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło. Nieważne jakie przypuszczenia snułam w trakcie lektury, nieważne jakie scenariusze wydarzeń sobie wyobrażałam – nie miały one nic wspólnego ze sposobem, w jaki to rozegrała autorka.
Podsumowując, „Mam na imię Freedom” to dobry debiut literacki. Jestem przekonana, że autorka ma talent. Polecam tę powieść wszystkim, którzy cenią sobie tajemnicze, trzymające w napięciu historie.
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.


Moja ocena: 4/6
Autor: Jax Miller
Gatunek: Thriller
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 375
Data wydania: 08-10-2015
Nr ISBN: 978-83-8069-149-0

piątek, 15 kwietnia 2016

# 56. Nawet czterdziestolatki się zakochują. „Uczulona na wino” - Izabela Jagosz

W swojej krótkiej blogowej „karierze” zdążyłam się już przekonać, że są wydawnictwa, których, najogólniej rzecz ujmując, wielu blogerów, książkoholików, tudzież wydawców nie lubi. Odczułam to, kiedy na pewnej grupie na facebooku, zamieściłam informację o nowym wpisie na blogu – recenzji jednej z książek opublikowanych przez Novae Res. W jaki sposób to odczułam? Raz czy dwa razy zostałam ostrzeżona, że to wydawnictwo i vanity press jest złem wcielonym, a w końcu zostałam z grupy, ot po prostu, wyrzucona. Dlaczego o tym teraz wspominam? Dlatego, że właśnie skończyłam czytać kolejną pozycję opublikowaną przez to właśnie wydawnictwo i mam ochotę podziękować autorce za to, że zdecydowała się wydać swoje dzieło!

Być może vanity press nie jest najlepszym rozwiązaniem dla autora. Być może dzięki vanity press nawet najgorszy literacki gniot ma szansę trafić na księgarskie półki, ale ja uważam, że każdemu należy dać szansę. Nie skreślajmy pisarza tylko za to, że nie mogąc znaleźć tradycyjnego wydawcy, decyduje się na tę właśnie formę zaistnienia. Nie skreślajmy, gdyż nie wiemy, kiedy trafimy na autora z prawdziwego zdarzenia. Na autora, który porwie czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Na autora, który zauroczy nas pięknem języka!

Uff, pomyślicie pewnie: „napisała co wiedziała i wylała swoje żale”. Może i tak... może i miałam przez chwilę żal, ale już o nim zapomniałam. Chciałabym jednak, abyście mieli tę świadomość, że nawet temu wydawnictwu zdarza się wydać prawdziwe arcydzieło i majstersztyk sztuki pisarskiej. Taki właśnie majstersztyk „popełniła” debiutująca autorka, Izabela Jagosz.

Uczulona na wino” to kawał dobrej literatury dla kobiet. W zasadzie nie tylko dla kobiet, gdyż polecam ją wszystkim, którzy lubią się delektować pięknem i czystością języka polskiego. Właśnie tak, gdyż autorka pisze naprawdę piękną polszczyzną!

Główną bohaterką powieści Izabeli Jagosz jest odnosząca sukcesy zawodowe kobieta po czterdziestce, Iga. Nie wiedzie spokojnego życia, gdyż ciągle jest zabiegana. Sądzić by można, że czterdziestolatka powinna osiągnąć już pewną stabilizację, a tu mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym. Poznaje mężczyznę, w którym się zakochuje i zmienia dla niego całe swoje dotychczasowe życie. Mało tego, poznaje go w bardzo komicznej sytuacji, gdyż na autostradzie i to w chwili, kiedy odkrywa, że zapomniała portfela i nie ma jak zapłacić za przejazd. Z opresji ratuje ją Prezes i pożycza jej dziesięć złotych. Iga daje mu swój numer telefonu, aby udowodnić, że jest słowna i spłaca swoje długi. Ku jej zaskoczeniu po kilku dniach facet dzwoni, aby się umówić na odebranie pożyczki. Krótko potem zostają parą i to parą niezwykle dobrze dobraną, nawet mimo różnicy statusu społecznego, który każde z nich reprezentuje. Iga wiedzie u jego boku prawie sielankowe życie – rzuca pracę, podróżuje po całym świecie. Normalnie bajka. Jednak taka bajka nie trwa wiecznie, gdyż po kilku latach wspólnego związku, Prezes, idąc za powszechnie panującym w jego środowisku trendem, znajduje sobie „nowszy model” i zakochuje się w dużo młodszej „panience”. Co się dzieje dalej? Nie zdradzę, aby nie psuć Wam przyjemności czytania. Napiszę tylko tyle, że o ile przez pierwsze dwieście stron akcja była bardzo przewidywalna, tak później autorka kompletnie mnie zaskoczyła dalszym rozwojem wydarzeń. I wiecie co? Właśnie dlatego jeszcze bardziej doceniam debiut pani Jagosz!

Uczulona na wino” pochłonęła mnie bez reszty. Jeszcze długo będę o niej myśleć. I kto wie? Może za jakiś czas do niej wrócę i przeczytam ją jeszcze raz!

Uczulona na wino” jest doskonałym portretem psychologicznym współczesnej kobiety – kobiety silnej, zdecydowanej, nie bojącej się zmian, a równocześnie kobiety cierpiącej, kiedy zostaje głęboko zraniona i ciężko przeżywającej swój dramat. Jest to portret tak realistyczny, że aż prawdziwy!

Żywię głęboki szacunek dla autorki za piękno polszczyzny, którą mnie uraczyła, za wspaniałych bohaterów, których stworzyła i za całokształt tej przelanej na papier historii. Niby nic wielkiego się tu nie dzieje, niby tylko opisuje zwyczajną prozę życia, ale zrobiła to w taki sposób, że czytelnik nie może przejść obok niej obojętnie i musi docenić ogrom pracy, jaki włożyła w napisanie „Uczulonej na wino”.

Dziękuję, Pani Izo za „Uczuloną na wino” i proszę o więcej powieści takich jak ta!

Polecam tę powieść wszystkim lubiącym spędzić czas przy dobrej lekturze. Powieść Izabeli Jagosz właśnie do takich należy. Jest w niej i wartka akcja, i humor. Jest w niej również wiele budzących refleksje przemyśleń. Jest to powieść, która na długo zostanie w Waszej pamięci. Powieść, która przykuwa uwagę już samym tytułem. I wspaniale, gdyż nie można jej przegapić w księgarni. Kupcie ją i przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie tego wydatku. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 6/6
Autor: Izabela Jagosz
Gatunek: Literatura kobieca
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 309
Data wydania: 07-09-2015
Nr ISBN: 978-83-7492-908-0

sobota, 9 kwietnia 2016

# 55. Czy w życiu można wszystko zaplanować? „Stinger. Żądło namiętności” - Mia Sheridan

Nawet nie wiecie jak bardzo wyczekiwałam przesyłki z Wydawnictwa Helion. Kiedy wreszcie do moich drzwi zapukał listonosz z niewielką paczuszką, miałam chęć go ucałować i wyściskać. Oczywiście nie zrobiłam tego, bo biedak by sobie pomyślał, że jestem jakąś wariatką i w przyszłości mógłby omijać mój dom szerokim łukiem. A co było w tej paczuszce? Oczywiście, „Stinger. Żądło namiętności” autorstwa Mii Sheridan – powieść, którą dawno temu czytałam w oryginale, ale z ogromną przyjemnością przeczytałam ją jeszcze raz w naszym rodzimym języku. Musiałam, po prostu musiałam przeczytać ją jeszcze raz, aby przypomnieć sobie bohaterów i fabułę, aby móc ją dla Was zrecenzować. Uwielbiam tę autorkę. Stąd moja wielka ekscytacja.
O fabule słów kilka.
Główna bohaterka, Grace Hamilton, przybywa do Las Vegas na konferencję studentów prawa. Przewrotny los sprawia, że poznaje tam mężczyznę, który przyprawia ją szybsze bicie serca. To Carson Stinger, gwiazda filmów porno, biorący udział w targach branży erotycznej. Młoda prawniczka i gwiazda porno? Ciekawa kombinacja charakterów. Zwłaszcza, że Grace ma zaplanowane całe życie. Chce być prawniczką, współżyć tylko z trzema facetami, a ostatni z nich ma zostać jej mężem. Carson Stinger burzy wszystkie jej postanowienia. Kilka godzin, które wspólnie spędzają zamknięci w zepsutej windzie, odmieni całe jej życie. Przede wszystkim zrobi coś niespodziewanego. Mianowicie spędzi kilka nocy z Carsonem. Nie spodziewa się jednak, że gwiazda porno skradnie jej serce i sprawi, że jej dotychczas poukładane życie nie jest już takie pociągające.
W czasie krótkiego i płomiennego romansu, okazuje się, że Carson ma wrażliwe serce, które skrywa pod maską. Najpierw pomaga jej pokonać atak paniki w zamkniętej windzie – próbuje odwrócić jej uwagę śpiewem, a później okazuje się niezwykle wrażliwym mężczyzną, wyczulonym na potrzeby partnerki.
Sielanka jednak nie trwa długo i oboje wracają do swoich domów. Oboje nie potrafią zapomnieć o wspólnie spędzonych chwilach w Las Vegas. Oboje zmieniają... no właśnie... co? O tym przekonajcie się sami.
Bohaterowie.
Mia Sheridan, po raz kolejny, stworzyła wspaniałych bohaterów. Niesztampowych choćby dlatego, że połączenie prawniczki i gwiazdy porno już samo w sobie jest bardzo nietypowe i oryginalne. Autorka pokazała, że przeciwieństwa potrafią się przyciągać – dwa różne światy, dwie zupełnie różne osobowości, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego nieświadomie dążą do tego, aby się w przyszłości połączyć. A czy im się to uda? Nie zwlekajcie za długo z lekturą, aby się tego dowiedzieć.
Mia Sheridan bardzo dobrze zbudowała portrety psychologiczne głównych bohaterów. Czytelnik poznaje ich myśli i uczucia z tzw. pierwszej ręki, gdyż autorka każdy rozdział podzieliła w taki sposób, żeby oddać im głos. Wprowadziła narrację pierwszoosobową, co pozwala poznać motywy zachowań Grace oraz Stingera.
Zwykły romans czy powieść z przesłaniem?
Okładka i podtytuł (którego, prawdę mówiąc, nie ma w oryginalnym wydaniu) sugerują raczej, że dostajemy do ręki lekki romans na jeden wieczór. Nic bardziej mylnego! Romans jest, owszem. Nawet bardzo namiętny, jeśli mam być szczera. Jednak w tej powieści to nie romans jest najważniejszy. Wytrawny czytelnik potrafi się doszukać drugiego dna. Otóż, autorka chce nam przekazać, że każdy może się zmienić, że w każdym tkwi potencjał na zostanie bohaterem! Stinger, gwiazda porno i bawidamek, dowiódł, że to jest możliwe!
Plusy i minusy.
Uwielbiam Mię Sheridan, bez dwóch zdań! Cenię ją za to, że potrafi stworzyć historie doskonałe (Archer, Kyland, Calder). Cenię ją za to, że potrafi tak dobierać słowa, aby zwykły, przygodny romans zmienić w coś wyjątkowego. Cenię ją za dobór słów oraz „smaczne” opisy scen erotycznych (smaczne w sensie nie wulgarne).
W przypadku „Stingera” największym plusem jest pomysł na fabułę i na przesłanie, że każdy może stać się kimś wyjątkowym i wartościowym. Poza tym, muszę przyznać, że spodobał mi się podział, jakiego dokonała autorka. Uważny czytelnik na pewno to wyłapie. Część pierwsza – romans, druga – dojrzewanie i dokonanie zmian w życiu, oczekiwanie, i część trzecia, w której autorka raczy nas wątkiem kryminalnym i z byłej gwiazdy porno tworzy prawdziwego bohatera.
Minusy? Nie ma ich chyba wiele. Głównie jest to trochę zbyt mało rozwinięty wątek kryminalny. Trochę za szybko tu pędziła akcja. Gdyby autorka ją zwolniła, dodając coś więcej, powieść byłaby idealna! A co najważniejsze? „Stinger” nie jest tak poruszający jak „Bez słów”! „Stinger” to świetna powieść, ale nie wydusi z Was tylu łez co Archer. Jednak nie zniechęcajcie, gdyż kolejne książki Mii Sheridan z pewnością Was poruszą, złamią Wam serca i pokażą Wam inny świat!

Polecam! Polecam i jeszcze raz polecam!
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Grupie Wydawniczej Helion S.A.


Moja ocena: 6/6
Autor: Mia Sheridan
Gatunek: Literatura kobieca
Wydawnictwo: Septem
Ilość stron: 407
Data wydania: 16-03-2016
Nr ISBN: 978-83-283-2023-9

czwartek, 31 marca 2016

# 54. „Julka” - Małgorzata Grzywa

Każdy popełnia błędy. Jest nawet takie powiedzenie, że człowiek na błędach się uczy. Takie jest głównie prawo młodości. Tak samo jak prawo buntu. Bardzo często dochodzi do niego pomiędzy rodzicami, a dziećmi. Ile razy słyszymy skargi przyjaciela, że jego pociecha się zbuntowała i oznajmiła, iż nie ma zamiaru spełniać oczekiwań rodzica odnośnie nauki czy zajęć dodatkowych? Co ma zrobić w takiej sytuacji rodzic? Upierać się przy swoim i na siłę kierunkować życie swojego potomka? Wybrać mu zawód i zmusić, aby syn został na przykład lekarzem, kiedy ten woli być, powiedzmy, sportowcem wyczynowym? Ma podcinać własnemu dziecku skrzydła, zabrać rower czy deskorolkę, aby nie traciło czasu na treningi, który mógłby poświęcić na naukę? Czasem takie upieranie się przy swoim może doprowadzić do tragedii i właśnie to nam próbuje udowodnić Małgorzata Grzywa w swojej debiutanckiej powieści zatytułowanej „Julka”.

Głównym bohaterem jest tutaj Marcin, młody chłopak, dla którego ojciec zaplanował karierę lekarza. Syn mu się nie sprzeciwiał, poszedł na studia medyczne i dobrze się uczył. Jednak miał też swoją pasję – jazdę na rowerze. Z ogromnym zaangażowaniem ćwiczył i przygotowywał się do zawodów sportowych w tej dziedzinie. Pewnego dnia zawody kolidowały z konferencją medyczną, na którą ojciec chciał zabrać syna, gdyż pomogłyby mu to w karierze. Marcin odmówił wyjazdu, gdyż pasja była dla niego również ważna. Ojciec nie rozumiał tego i zabrał Marcinowi rower. Swoim czynem doprowadził do buntu własnego dziecka i stracił syna, który wyprowadził się z domu i związał się z warszawską mafią.

- Zawieźć cię do domu? - zapytał.
- Ja już nie mam domu, Frodo! Zapamiętaj to sobie raz na zawsze! - powiedziałem podniesionym głosem. Dom z ojcem, który zaprzepaścił, zniszczył moje marzenia, to już nie był mój dom.” (str. 18)

Chłopak popełnił błąd, za który później zapłacił bardzo wysoką cenę. Początkowo takie życie mu się podobało. Był twardy i doskonale sobie radził w przestępczym świecie. Był zły, ale miał swoje zasady. Tylko najsilniejsi są w stanie dyktować warunki w mafijnym światku, a Marcin czuł się na tyle pewnie, iż zabraniał dilerom sprzedawać narkotyki pod szkołami. 
 
Julka” jest pozycją, którą warto polecić i młodym ludziom, i ich rodzicom. Książkę czyta się bardzo szybko, gdyż jest napisana prostym, zrozumiałym językiem. Autorka zastosowała narrację pierwszoosobową, oddając w ten sposób głos samemu Marcinowi. Zabieg ten pozwala czytelnikowi dokładnie poznać motywy, którymi się kierował oraz jego myśli i refleksje. Pozwala zrozumieć jego ogromny bunt i sprzeciw przeciwko ojcu, który chce kierować życiem syna. Wielokrotnie czytamy, iż bohater zrzuca winę na ojca, gdyż przez niego podjął złą decyzję, ale jednocześnie czuje się odpowiedzialny za własne czyny i tylko siebie obwinia za tragedię, kiedy do niej dochodzi. Dochodzi do pewnych wniosków, a gdy na horyzoncie pojawia się miłość, pragnie stać się lepszym człowiekiem i rzucić mafię w diabły. Czy to mu się uda? Co takiego musi się stać, aby Marcin zmienił swoje życie? I jak wiele musi zaryzykować, żeby uwolnić się od zła, w którym do tej pory się obracał? Dowiecie się tego, kiedy sięgniecie po powieść Małgorzaty Grzywy.

Podsumowując, chciałabym jeszcze dodać, iż „Julka” jest naprawdę bardzo ciekawą pozycją. To debiut literacki, więc nie jest doskonała – są w niej błędy składniowe, ale nie przeszkadza to w odbiorze powieści jako całości. Poprawić by to mogła dobra korekta. Nie zaszkodziłoby również trochę pracy redaktorskiej nad tym tekstem, ale nie żałuję, że poświęciłam czas na przeczytanie „Julki”. Polecam!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 4,5/6
Autor: Małgorzata Grzywa
Gatunek: Literatura współczesna
Wydawnictwo: Profit
Ilość stron: 128
Data wydania: 10-02-2015
Nr ISBN: 978-83-939760-3-4

# 53. „Cud narodzin” - Jackie Mize

Poznaj Boga, dla którego żadna rzecz nie jest niemożliwa.” 
 
Autorka „Cudu narodzin”, Jackie Mize, usłyszała od lekarzy, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Jej pierwsza ciąża trwała tylko osiem tygodni i zakończyła się poronieniem. Co zrobiła Jackie wraz z mężem? Poddała się i pogodziła z diagnozą? Otóż nie! Jackie i jej mąż postanowili się nie poddawać. Nie zwrócili się jednak o pomoc do lekarzy. Jako ludzie głęboko wierzący w Boga oraz w sens ofiary Chrystusa, postanowili pójść właśnie tą drogą i zawierzyli Najwyższemu.

- Jeśli mamy się pobrać, powinieneś coś o mnie wiedzieć – NIE MOGĘ MIEĆ DZIECI. (…)
- Naprawdę? A kto to powiedział? Kto powiedział, że nie możesz mieć dzieci?
- Lekarze?
          - Aha. No cóż, ale Bóg powiedział, że możesz mieć dzieci – odparłem. - Chociaż dziękuję Bogu za lekarzy i szpitale oraz podziwiam rozwój nauk medycznych, to nie one są naszym źródłem ani ostatecznym autorytetem. Jest nim Bóg, a On powiedział, że możesz mieć dzieci.” (str. 17)

Małżonkowie zaczęli studiować Biblię pod kątem tego, co Słowo Boże mówi na temat dzieci i macierzyństwa. Zaczęli się modlić o cud poczęcia i tego cudu doświadczyli. Jackie zaszła w ciążę, a po dziewięciu miesiącach urodziła pierwszego syna. Trudno w to uwierzyć prawda? 
 
A co powiecie na to, aby przeżyć bezbolesny poród? Brzmi cudownie. Jednak czy możliwe? Z tej krótkiej i niepozornej książeczki (gdyż zawiera zaledwie 128 stron) napisanej przez Jackie, dowiedziałam się, że tak. Autorka dowodzi, że jest to możliwe. Trzeba tylko głęboko wierzyć w Słowo Boże. Wierzyć w to, iż Jezus wybawił ludzkość od bólu i cierpienia oraz modlić się do Boga o szybki i bezbolesny poród, o poród ponadnaturalny. Mocna i niezachwiana wiara oraz częste sięganie do Słowa Bożego może sprawić, że każda kobieta może doświadczyć takiego właśnie porodu.

Hmm... Szczerze mówiąc, sama rodziłam dwa razy i wiem jak ten proces wygląda. Obydwa moje porody były naturalne (siłami natury) i, nie będę owijać w bawełnę, bolało jak diabli. Trudno mi więc uwierzyć w to, co w swojej książce pisze Jackie. Poród bez bólu? Dla mnie to jak oksymoron... Najwyraźniej jestem człowiekiem małej wiary, choć, oczywiście, wierzę w Boga.

Przyznaję, że „Cud narodzin” wywołał we mnie mieszane uczucia. Przeżyłam to i wiem, że dla mnie już za późno na to, aby próbować kolejny raz i stosować się do rad Jackie. Mimo to uważam, że obydwaj moi synowie są cudowni. A ból porodu? Było, minęło... O bólu się zapomina już w pierwszej chwili, kiedy się usłyszy płacz nowo narodzonego dziecka. Wszystko co złe odchodzi w niepamięć, kiedy lekarz lub położna kładzie maleńką istotkę na piersi matki. Tak było w moim przypadku i tak samo jest w przypadku prawie każdej rodzącej kobiety. Każde narodziny są cudem.

Komu polecam tę pozycję? Młodym kobietom, które poród mają jeszcze przed sobą. Zapewne nie wszystkie dadzą się przekonać, ale znajdzie się może kilka takich, które z uwagą wczytają się świadectwo Jackie i uwierzą. Zwłaszcza, że „Cud narodzin” zawiera również świadectwa innych kobiet, które uwierzyły, słuchając kasety z nagraniem przekazu Jackie i doświadczyły cudu ponadnaturalnych narodzin.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi sztukater.pl.

Moja ocena: 4/6
Autor: Jackie Mize
Gatunek: Poradniki
Wydawnictwo: Koinonia
Ilość stron: 128
Data wydania: 17-03-2015
Nr ISBN: 978-83-64489-09-9