środa, 28 października 2015

Wywiad z Julie Lawson Timmer



Julie Lawson Timmer dorastała w Stanford, w kanadyjskim stanie Ontario. Obecnie mieszka w Ann Arbor, w stanie Michigan z mężem oraz z czwórką nastoletnich dzieci i dwoma przygarniętymi psiakami. W swoim codziennym życiu jest pisarką, prawnikiem, matką/ macochą i, jak sama o sobie mówi,  okropną kucharką. Jej debiutancka powieść „Ostatnie pięć dni” została wydana w 2014 roku przez wydawnictwo Putnam. Kolejna powieść Julie, pojawi się latem 2016 roku, a obecnie autorka pracuje nad trzecią.



Wywiad z Julie Lawson Timmer

1.    Witaj, Julie. Przede wszystkim chciałabym Ci podziękować, iż znalazłaś czas dla mnie i zgodziłaś się na ten wywiad.

     Witaj, JoKo. Cała przyjemność po mojej stronie. Dziękuję za zaproszenie.

  2. Przeczytałam „Ostatnie pięć dni” i jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Mogłabyś powiedzieć, dlaczego zdecydowałaś się napisać o HD? Skąd wiesz tak dużo na temat Huntingtona? Jak wiele badań przeprowadziłaś, zanim przystąpiłaś do pisania swojej powieści?

     Kilka lat temu moja przyjaciółka zmarła na raka i bardzo długo nie mogłam się z tym pogodzić. Nie mogłam się pogodzić z niesprawiedliwością losu – straciłam ją, a ona nie może zobaczyć jak jej dzieci dorastają. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, jak bardzo dzielna była w czasie swoich ostatnich miesięcy życia. Postanowiłam napisać historię o osobie, cierpiącej na śmiertelną chorobę. Miałam nadzieję, iż pozwoli mi to zgłębić i zrozumieć strach oraz ból mojej przyjaciółki. Poza tym uważałam, iż mogę ją w ten sposób uhonorować, nawet jeśli ta książka nigdy nie zostałaby wydana.

     Po tym jak wymyśliłam pomysł na książkę, prawdę mówiąc, nie miałam zamiaru prowadzić zbyt wielkich badań. Będąc prawnikiem, spędziłam wiele lat na zbieraniu informacji, a pomysł zostania pisarką spodobał mi się głównie dlatego, iż miałam szansę zerwać z tą nużącą pracą. Postanowiłam więc, że na początku spędzę trochę czasu w Internecie, poszperam po portalach i nauczę się czegoś o Huntingtonie (a nic nie wiedziałam na ten temat), a później użyć tej wiedzy i przedstawić przebieg tej choroby czytelnikom, korzystając ze swojej tzw. inwencji twórczej w taki sposób, aby wzbogacić fabułę całej powieści. Jednak rzecz w tym, iż „trochę czasu w Internecie” to zbyt mało dla kogoś, kto chce zdobyć wiedzę o tym jakie spustoszenie sieje Huntington. Doszedłszy do tego wniosku, stwierdziłam, że w taki sposób, czyli bazując na wiedzy internetowej, nie opiszę tej choroby tak dokładnie jakbym chciała. Nie mogłam tego tak zostawić ze względu na ludzi dotkniętych Huntingtonem.
     Nagle znów zostałam wplątana w badania i poszukiwania informacji. Muszę się przyznać, że nie było to wcale nużące. Powód? Nie dotyczyły dziedziny prawa, czyli nie były związane z wykonywanym przeze mnie zawodem. Poza tym moja powieść była zainspirowana przez przyjaciółkę. Robiłam to dla niej. Spędziłam całe miesiące szukając i czytając wszystko, co udało mi się znaleźć na temat HD. Potem napisałam projekt historii Mary, wplatając w nią całą zdobytą wiedzę i wyznaczając w jakim kierunku powinna pójść ta część powieści. Po zakończeniu projektu, rozmawiałam ze specjalistami od Huntingtona, aby potwierdzić, czy dokładnie przedstawiłam tę chorobę. Dowiedziałam się od nich, iż w pewnych fragmentach mi się to nie udało i musiałam dokonać wielu poważnych zmian w części poświęconej Marze, aby poprawić te niedoskonałości. Jestem pewna (i boleję nad tym), że mimo moich usilnych starań, nie przedstawiłam tej choroby wystarczająco dokładnie. Oczywiście jakiekolwiek błędy są tylko moją winą, a nie specjalistów.
    
       Zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę się tylko opierać na własnej inwencji twórczej, ale zbieranie informacji do powieści było bardziej interesujące niż poszukiwanie informacji prawnych. Dlatego też byłam podekscytowana tym, że rozumiem wszystkie zawiłości prawne, związane z drugą częścią książki. Zostało mi tylko zdobycie wiedzy na temat bezpłodności, edukacji i ograniczonej opieki nad dziećmi. Musiałam również poznać terminy związane ze sportem oraz szczegóły przyznawania stypendiów sportowych.

3.    Można powiedzieć, że „Ostatnie pięć dni” to dwie historie w jednej. Od samego początku miałaś zamiar przedstawić je obie w jednej powieści, czy też najpierw planowałaś napisać tylko historię Mary i jej choroby?
   
        Zawsze miałam zamiar napisać obie historie. Chciałam pozwolić odpocząć Marze od jej trudnej sytuacji, dlatego też dałam jej grupę wsparcia on-line. Kiedy wyobrażałam sobie jej internetowego przyjaciela, wpadłam na pomysł stworzenia Scotta, który pracował jako nauczyciel i trener w liceum. Formalnie rzecz biorąc, Scott i jego żona są tylko opiekunami prawnymi Curtisa, a nie przybranymi rodzicami. Ustalenie rodzicielstwa zastępczego wiąże się z wieloma miesiącami  przygotowań – wywiady środowiskowe, kursy przygotowawcze, podania, aplikacje itd. Natomiast ustalenie opieki zastępczej jest stosunkowo krótkim procesem, a przynajmniej w Michigan. W sytuacji w jakiej znalazł się Curtis, system rodzicielstwa zastępczego nie  był odpowiedni, dlatego też Scott został jego opiekunem prawnym.



     4.  Dlaczego zdecydowałaś się pisać o rodzicielstwie zastępczym?

       Rodzicielstwo zastępcze jest podobne do rodzicielstwa przyrodniego, ponieważ w obydwu przypadkach opiekujesz się, poświęcasz i często głęboko kochasz dziecko, które nie jest twoim własnym dzieckiem i nie zawsze masz wpływ na jego przyszłość. W tym sensie, przybrani rodzice i opiekunowie prawni są w podobnej sytuacji jak rodzice przyrodni. Sama jestem w takiej sytuacji. Jestem rodzicem przyrodnim (macochą), co oznacza, że tak samo jak Scott, opiekuję się, poświęcam i bardzo kocham dzieci, na których przyszłość nie będę miała wpływu. Chciałam przedstawić tę sytuację czytelnikowi, więc postawiłam Scotta w sytuacji podobnej do mojej.



  
5.     Możesz nam powiedzieć coś więcej o swoich bohaterach?

 Aleś mi zadała pytanie. Musiałam przejrzeć kilka wywiadów z autorami w poszukiwaniu podobnego pytania, gdyż nie wiedziałam, jak na nie  odpowiedzieć.
 Już pierwszej nocy, kiedy zaczęłam sporządzać notatki do „Ostatnich pięciu dni” miałam wyraźną wizję postaci Mary i Scotta.
      Wiedziałam, że chcę, aby Mara odbyła podróż do Indii z własnymi rodzicami, żeby adoptować córkę. Jej samej nadałam indyjskie pochodzenie, choć wychowywała się w Montrealu, a później studiowała prawo na Southern Methodist University (uczelni, którą ja ukończyłam) i była prawniczką w Dallas. Największym wyzwaniem dla mnie było pisanie o jej chorobie, ponieważ niewiele wiedziałam na temat HD. Natomiast jej cechy charakteru – wielka niezależność, ogromna miłość do męża oraz córki, ścisły związek z własnymi rodzicami i wszystko, co sprawiło, iż osiągnęła zawodowy sukces… to wszystko przyszło samo, kiedy pisałam jej historię.
      Tej samej nocy wymyśliłam również Scotta – faceta uwielbiającego sport, wyrozumiałego opiekuna, człowieka, który miał odwagę poprosić żonę, aby poświeciła się i razem z nim pomagała uczniom i sportowcom z detroickiej szkoły, w której pracował.

6.  „Ostatnie pięć dni” należy do klubu książki „Kobiety to czytają”. Jak sądzisz, dlaczego?


      Po przeczytaniu „Ostatnich pięciu dni” czytelnik może zadać sobie pytanie – „A co ty byś zrobił/ła, będąc na miejscu głównej bohaterki?”
     Myślę, że tego typu powieści są dobrym materiałem do rozważania w klubach książki. Jeśli chodzi o postać Mary, możemy zastanowić się nad odpowiedziami na kilka pytań. Gdybyś wiedział/a, że istnieje szansa, iż masz 50/50 procent szans na to, iż cierpisz na śmiertelną, nieuleczalną chorobę, chciałbyś/chciałabyś się poddać badaniom genetycznym, aby ją potwierdzić lub wykluczyć? Gdybyś wiedział/ wiedziała, że w zaawansowanym stadium choroba sprawi, iż nie będziesz panować ani nad swoim ciałem, ani nad umysłem, poddałbyś/ poddałabyś się losowi, czy też wolałbyś/ wolałabyś popełnić samobójstwo? I kolejne ważne pytanie. Powiedziałbyś/ powiedziałabyś komuś o swoim zamiarze? I chyba najważniejsze – gdybyś wiedział/ wiedziała, że masz niewiele czasu, w jaki sposób chciałbyś/ chciałabyś go spędzić?
    Jeśli chodzi o sytuację Scotta, również można podjąć dyskusję, zadając i odpowiadając na kilka istotnych pytań. Na przykład: „Jak myślisz, gdzie dzieciom będzie lepiej – przy zaniedbujących je biologicznych rodzicach, którzy nie znęcają się nad nimi, czy przy zastępczych opiekunach, mogących stworzyć im lepsze warunki? Gdybyś pragnął/ pragnęła mieć dziecko, a nie możesz mieć własnych, wolałbyś je adoptować, czy zostać rodzicem zastępczym? I kolejne: wolałbyś maleńkie dzieciątko, czy może zdecydowałbyś się stworzyć kochający dom dla starszego dziecka?
     Kluby książki mają to do siebie, że można analizować bohaterów i próbować się postawić na ich miejscu, w ich sytuacji. Zadawać pytania i na nie odpowiadać, poddawać w wątpliwość swoje własne przekonania, uprzedzenia oraz ocenę sytuacji.
     Myślę, że „Ostatnie pięć dni” jak najbardziej się do tego nadaje.

7.  Możesz nam powiedzieć coś więcej o swojej pracy jako prawnik?


     Karierę prawnika zaczynałam jako oskarżyciel na sali sądowej. Po piętnastu latach zmieniłam sąd na biuro i zostałam pełnomocnikiem procesowym w spółce, produkującej stalowe i aluminiowe koła do samochodów ciężarowych i osobowych.  Mamy biura w piętnastu krajach, w tym w Europie. Uwielbiam swoją pracę, ale  od stycznia zredukowałam swój etat i pracuję w niepełnym wymiarze, żeby móc spędzać więcej czasu na pisaniu.

8.  "Ostatnie pięć dni” to Twój debiut literacki i moim zdaniem jest to bardzo dobry debiut. Jak długo pisałaś tę książkę. Ile godzin dziennie poświęcałaś na pisanie?



     Bardzo dziękuję za ten wspaniały komplement! „Ostatnie pięć dni” pisałam codziennie od czwartej do szóstej rano. Natomiast w weekendy od czwartej do dziesiątej. Trwało to przez dwa lata. Co prawda wstępną wersję ukończyłam dość szybko, gdyż w ciągu trzech miesięcy, ale przez kolejne półtora roku dopracowywałam ją, wprowadzałam korekty, a niektóre fragmenty napisałam jeszcze raz. 

           9.  Jak wyglądała Twoja droga z sali sądowej do księgarni?

         
  W drodze do publikacji popełniłam tak wiele błędów. Czuję, że wielu młodych pisarzy je popełnia. Powinnam chyba napisać coś w rodzaju poradnika „Jeśli ja mogę to zrobić, to każdy może”, który może zainspirować innych młodych pisarzy.
       Na przełomie wiosny i lata 2011 roku napisałam okropny pierwszy projekt, po czym pod koniec lata przedstawiłam go agentom na kongresie pisarzy. Agenci, którym go przedstawiłam, przejrzeli i oczywiście odrzucili  moją niewypolerowaną i chaotyczną powieść. Takie konferencje są jednak na tyle dobre, że udało mi się poznać kilka wspaniałych osób, które zgodziły się przejrzeć mój manuskrypt i dokonać jego krytycznej oceny, a przez następne dwa lata pomogły mi wypolerować tekst i nadać mojej książce ostateczny kształt.
             Po konferencji, jeszcze w sierpniu, zaczęłam jeszcze raz pisać swoją książkę, kierując się cennymi radami moich nowych koleżanek pisarek. W międzyczasie wysłałam też wiele wiadomości do agencji    literackich, mimo że moja powieść nadal nie była gotowa. W pierwszym tygodniu wysłałam ich około pięćdziesięciu. Miałam wyjątkowe szczęście i otrzymałam wiadomość od agentki, która poświęciła swój czas, aby zapoznać się z moim manuskryptem i zgodziła się porozmawiać ze mną o zmianach, których według niej potrzebowało „Ostatnich pięć dni”. Dała mi dwie szanse na dokonanie odpowiednich poprawek, co oznacza, że czytała mój rękopis aż trzy razy – zresztą nadal ze mną współpracuje. Rewizja powieści trwała do wiosny 2012 roku. Właśnie wtedy dostarczyłam swój „wypolerowany” rękopis.
             Ale nawet moja nowo wypolerowana powieść nie otrzymała żadnych ofert. Do sierpnia 2012 roku spędziłam rok na poprawianiu własnego tekstu i wysłałam prawie 100 zapytań do agencji literackich i wydawców. Postanowiłam w końcu przyznać, iż była to tylko próba pisarska i zapomnieć o tym. Krótko po podjęciu tej decyzji, otrzymałam wiadomość od Victorii Sanders i, głupia, nie chciałam nawet odpowiedzieć. Na szczęście mój mąż nakłonił mnie, abym przespała się z tym i przemyślała tę sprawę jeszcze raz. Oczywiście, że to zrobiłam i kolejne sześć miesięcy spędziłam nad kolejnymi poprawkami tekstu.
             Pod koniec stycznia 2013 roku wysłałam Victorii skorygowaną powieść. Pięć dni później zaproponowała mi zostanie moją agentką. Dwadzieścia jeden dni później sprzedała „Ostatnie pięć dni” na aukcji – kupiła ją Amy Einhorn, która pracuje dla Putnama. Tak więc po długim znoju, bo trwającej dwa lata ciężkiej pracy nad poprawkami i korektą, zdobyłam agentkę, a moja książka trafiła do wydawcy. 

             To wszystko było dla nas tak surrealistyczne. Również dlatego, że kiedy byliśmy z mężem na wakacjach (bez dzieci), a machina została wprawiona w ruch i interes sam się zaczął kręcić – codziennie odbierałam telefony od redaktorów, którzy naprawdę chcieli kupić moją książkę.
             Wyobraź sobie, że już sam fakt, iż wypoczywaliśmy bez dzieci w tropikach, zero pracy, zero śniegu sprawiał, że mieliśmy wrażenie nierealności. Do tego te telefony. Przez cały tydzień kręciliśmy z mężem głowami z niedowierzaniem. Kiedy w końcu wróciliśmy do Michigan, do dzieci i pracy zawodowej, przez kolejnych kilka tygodni, zadawaliśmy sobie pytanie: „czy naprawdę to się zdarzyło?”



         10.   Możesz nam zdradzić nad czym teraz pracujesz?


           Właśnie skończyłam ostatnie poprawki przy swojej drugiej powieści „Untethered” („Nieprzywiązana” – chyba że polski wydawca zdecyduje się nie tłumaczyć dosłownie angielskiego tytułu), która ma zostać wydana latem 2016 roku. „Untethered” opowiada o rodzicielstwie zastępczym, opiece zastępczej oraz o adopcji. Książka ta bardzo się różni od „Ostatnich pięciu dni”, ale tak samo ona nadaje się do szerokiej dyskusji i zastanowienia się nad tym, co my byśmy zrobili, będąc w sytuacji bohaterów, przedstawia różne modele „rodziny” oraz ukazuje różne zachowania.
          Jako że „Untethered” jest już ukończona, pracuję nad trzecią książką. Zatytułowałam ją „Mrs. Saint and the Defectives”  i opowiada o wybuchowej kobiecie, pochodzącej z francuskojęzycznej Kanady, która pragnie pomagać ludziom i robi to czy tego chcą, czy też nie.

           11. Julie, wspomniałaś mi wcześniej o polskim pochodzeniu Twoich dzieci. Mogłabyś powiedzieć polskim czytelnikom coś więcej na ten temat?


          Oczywiście. Dziadek moich dzieci, ze strony ich ojca, jest Amerykańskim emigrantem w pierwszym pokoleniu. Moje dzieci zawsze były bardzo lojalne wobec Polski. Mają polskie flagi w swoich pokojach, noszą polskie ubrania, kiedy uda nam się takowe kupić. Poza tym zawsze chciały pojechać do Polski. Bardzo często w naszym domu jemy polskie posiłki, a odkąd w Detroit powstała dość duża polska społeczność, łatwiej jest kupić produkty polskiego pochodzenia. Co roku w każdy tłusty czwartek zajadamy się pączkami („Pacski Day” w Detroit). Bardzo często też jemy pierogi, kapustę kiszoną i polską kiełbasę. 

           12.      Dziękuję Ci, Julie, że odpowiedziałaś na moje pytania.
                
                  A ja ci jeszcze raz dziękuję, że mnie zaprosiłaś, JoKo!



Thank you, Julie! :)