piątek, 8 stycznia 2016

#37. „Wada ukryta” – Thomas Pynchon

Najczarniejsza ze wszystkich komedii, zanurz się i popłyń z prądem.” Takie słowa możemy przeczytać na tylnej okładce powieści Thomasa Pynchona „Wada ukryta”. Na okładce znajdziemy również informację, że powieść została zekranizowana i jest dostępna na Bluray i DVD. Hmmm… Nie oglądałam filmu i chyba raczej dobrze, że go jeszcze nie widziałam – nie będę się więc sugerować wrażeniami z kina.
Szczerze powiedziawszy, mam problem z napisaniem tej recenzji, ponieważ powieść Pynchona nie przypadła mi do gustu. Nie chcę oszukiwać czytelników lub potencjalnych czytelników, ale nie chcę także skrzywdzić autora zbyt surową opinią. Postaram się jednak podejść do sprawy jak najbardziej rzetelnie.
Wada ukryta” ukazuje obraz Kalifornii w tzw. złotych latach siedemdziesiątych, w czasach „dzieci kwiatów”, czyli hipisów, wszędzie obecnej marihuany oraz (jakby to delikatnie ująć?) rozpasania seksualnego. Nikt jeszcze nie słyszał o czymś takim jak HIV czy AIDS. Głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Doc, nie stroniący od przysłowiowej trawki i będący na wiecznym haju, który ma wyjaśnić zagadkę tajemniczego zniknięcia pewnego bogatego człowieka. Pełno w niej intryg, konspiracji, ludzi znikających i umierających w niewyjaśnionych okolicznościach. Jest również tajna organizacja, zwana „Złoty Kieł”, która pozornie trzyma się w cieniu, a w rzeczywistości oplata swymi mackami świat przestępczy, ma wpływy w policji oraz w jakiś sposób oddziałuje na gospodarkę kraju.
Co jeszcze znajdziecie w „Wadzie ukrytej”? Na pewno wiele barwnych postaci (dla mnie może zbyt wiele, gdyż prędkość z jaką są wprowadzane potęguje ogólny chaos fabuły), opisy pełne specyficznego poczucia humoru oraz narkotycznych wizji.
Cóż więcej mogę napisać? Mogę chyba tylko zacytować jeden z fragmentów, w których widać specyficzny styl autora i jego poczucie humoru:

"Po powrocie do domu Doc zastał Scotta i Denisa, którzy wdrapali się tam przez okno i przeszukiwali jego lodówkę po tym, jak nieco wcześniej Denis zasnął u siebie z zapalonym skrętem w ustach, co zdarzało mu się dość często, tyle że tym razem skręt zamiast spaść mu na klatkę piersiową, oparzyć i przynajmniej w jakimś stopniu obudzić, stoczył się gdzieś pod prześcieradło i zaczął tlić. Po jakimś czasie Denis się obudził, wstał, podreptał do łazienki, uznał, ze powinien wziąć prysznic, i zaczął to jakby robić. W którymś momencie łóżko stanęło w płomieniach i przepaliło w końcu strop w miejscu, gdzie piętro wyżej stało wodne łóżko jego sąsiada Chica, który na szczęście akurat na nim nie leżał. Łóżko, będąc z plastiku, roztopiło się pod wpływem wysokiej temperatury i blisko tona wody wylała się przez dziurę w suficie, gasząc pożar w sypialni Denisa i jednocześnie zmieniając ją w rozlewisko. Tymczasem Denis wyszedł z łazienki i nie potrafiąc wytłumaczyć sobie tego, co widzi, a także obecności straży pożarnej, która właśnie przyjechała i którą wziął za policję, uciekł alejką do plażowego domku Scotta Oofa, gdzie starał się wytłumaczyć to, co się stało, celowym sabotażem ze strony Boardsów, którzy nigdy nie przestali przeciwko niemu spiskować."

Autor zastosował w powieści wiele takich opisów, które, jak dla mnie, wydają się zbyt chaotyczne i zbudowane ze zbyt wielu zdań złożonych.
Jeśli macie chęć sięgnąć po książkę, w której wszyscy ćpają, w której pełno jest podejrzanych typów… powieść, w której jednego dnia ktoś zostaje zamordowany, a innego dnia okazuje się, że ta śmierć była fikcją, koniecznie sięgnijcie po „Wadę ukrytą”.
Prawdopodobnie znajdzie się kilku miłośników takiej lektury. Jednak ja do nich nie należę – świadczy o tym już sam fakt, iż strasznie się przy niej męczyłam i kilka razy musiałam przerywać czytanie. Im dalej zagłębiałam się w tę powieść, tym większe odnosiłam wrażenie, iż autor pisał ją, będąc również na haju. Możliwe, że jestem jedyną osobą, odnoszącą takie wrażenie, ale nie potrafiłabym Was okłamywać i pisać w superlatywach o czymś, co mi się nie podobało. Krótko mówiąc „Wada ukryta” mnie nie porwała i nie sprawiła, że zapomniałam o przysłowiowym Bożym świecie – jak dla mnie jest to zbyt ciężkostrawna lektura. Gdyby nie fakt, iż trzymany przeze mnie egzemplarz jest egzemplarzem recenzenckim, najprawdopodobniej nie skończyłabym czytania i przerwałabym lekturę już po pierwszych stu, może dwustu stronach.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi 


Moja ocena: 3/6
Autor: Thomas Pynchon
Gatunek: Powieść obyczajowa
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 424
Data wydania: 2015
Nr ISBN: 978-83-7885-558-3